O autorze
Prawniczka, autorka nagrodzonego tytułem bloga roku 2009 i najlepszego bloga literackiego, bloga „zimno” oraz książki „Projekt: Matka. Niepowieść”. Mieszka i pracuje w Poznaniu.

O kiełbasie

Nie słuchałam w czasie rzeczywistym exposé premierki Ewy Kopacz, bo kiedy przemawiała w sejmie biegłam z pracy do pracy i miałam głowę do porządkowania tego i owego zawodowo, a nie do słuchania radia (zresztą, nie wiem nawet, czy emitowano je w radiu). Wieczorem z obywatelskiego obowiązku nadgoniłam braki. Ktoś wspominał, obczaiłam, że jest tyle o rodzinach, że o mamo.

Och, doprawdy.

Zwiększenie nakładów na budowę żłobków i szersza niż dotychczas możliwość korzystania z urlopów rodzicielskich.



I darmowe podręczniki dla więcej, niż tylko pierwszej klasy. Moje stare macierzyństwo na nic się niestety nie łapie. Poza tym - ja już przecież zrobiłam swoje, rozmnożyłam się i państwo straciło mną zainteresowanie (o ile w ogóle kiedykolwiek było zainteresowane, bo nie odnotowałam).

Nie piszę tego z zawiści, że się nie łapię. Z punktu widzenia państwa – umpa, umpa, co za patos – więc z punktu widzenia państwa byłoby optymalnie, żeby aktualnemu rządowi się udało wprowadzić jakieś pozytywne zmiany w przebieg rodzicielstwa. Niech to, ze względu na społeczną solidarność z nowymi pokoleniami ojców i matek, będą owe żłobki i płatne urlopy. Ale co dla mnie? Co ze mną? Co za moje podatki? Za składki zdrowotne? Ja jestem kompletnie nieważna? I jeżeli sobie z grubsza radzę sama, to można mnie zlać?

Kilka tygodni temu Erna miała drobny, choć nieprzyjemny wypadek, rozharatała sobie palec prawej ręki, palec napuchł, był wtorek, wczesne przedpołudnie, wieczorem wyjeżdżaliśmy na wakacje. Z lekka przerażona wizją ropnych wycieków i rozpełzających się zakażeń dwa tysiące kilometrów od domu, pognałam z Erną do lekarza. Pediatra z przychodni rejonowej, równie wystraszony obrzękiem jak ja, odesłał nas na chirurgię, dając nawet stosowne skierowanie.

Objechałyśmy z Erną trzy przychodnie z dyżurem chirurgicznym, w tym jedną w szpitalu dziecięcym. Nie przyjęto nas nigdzie, bo stan Erny palca, w ocenie pań z rejestracji, nie wskazywał na zagrożenie życia. Mogłyśmy się za to na podstawie skierowania umówić na konsultacje na za tydzień albo dwa.

Ostatecznie przyjęto nas w szpitalu prywatnym, za opłatą. Wizyta trwała pięć minut, było sporo uśmiechów w stronę przerażonej Erny i życzliwego pocieszania. Obrzęk nie okazał się groźny i tak dalej.

Ale, rzecz jasna, to dziewięćdziesiąt siedem złotych odegrało pierwszoplanową rolę wejściówki do medycznego raju.

Jestem rozżalona i sfrustrowana, że każde nasze zderzenie – a są przecież rzadkie - z publiczną służbą zdrowia kończy się koniecznością uiszczenia zapłaty w placówce niepublicznej, bo świadczenie oferowane w zamian za składkę zdrowotną nie istnieje albo jest absurdalnie odwleczone w czasie.

Jestem też zaskoczona, że nikt nie mówi – nawet słabym głosem – jak niełatwo jest być w tym kraju pracującym rodzicem uczącego się dzieciaka. O świetlicach szkolnych, które działają tylko dla uczniów do trzeciej klasy włącznie pisałam lata świetlne temu. O szkole na dwie zmiany i o rozpoczynaniu i kończeniu się zajęć w godzinach, które się nie mają nijak do czasu pracy dużej grupy rodziców – także. Jest też jeszcze całkiem zabawny problem wakacji, które trwają i trwają, a pracujący rodzice „od lat kojarzą wakacje z rozpaczliwym kombinowaniem” [cytat za „Wakacje i frustracje” Dariusza Koźlenko, współpr. Joanna Podgórska, Cezary Kowanda, Polityka nr 2967 z 16 lipca 2014]. Szkolne wakacje nie obchodzą nikogo, ani gmin, ani MEN. Są przecież babcie, prawda?

23% VAT na artykuły dziecięce? Miał być epizodem, jest zasadą. Bilety rodzinne dla składów 2+2? Standard. I nie mówcie mi o Karcie Rodziny Dużej, bo dostaję palpitacji.

I tak to sobie jestem sobie z moim rodzicielstwem całkiem sama, a państwo się ogranicza do poboru ode mnie podatków oraz składek.

Głupia sytuacja, nie?

Miało być o Ewie K., a będzie o Donaldzie. Nad Ewą K. ciąży ewidentnie zła karma.
Otóż na początku września były premier przemawiał z tej samej mównicy, z której wczoraj padły zapewnienia o żłobkach i tak dalej. Wtedy było o reformie zasad odliczania ulgi na dzieci, którą to ulgę póki co odlicza się od podatku.

Taki cytacik:
Myślę, że jeżeli w rodzinie z trójką dzieci pracuje tylko ojciec i zarabia tysiąc siedemset złotych, to … - omójboże, jak bardzo trzeba nie mieć wyobraźni, żeby podać taki przykład jako kazus z życia wzięty i nie poczuć obciachu. I nie rozumieć, że to jest sytuacja galopującej nędzy, kiedy się ma 340 zł na osobę na miesiąc, że to jest z wielkim marginesem błędu taka sytuacja, w której państwo przyznaje zasiłek rodzinny, co prawda głodowy, ale zawsze. Gdzie jest elementarna wrażliwość społeczna, jeżeli się traktuje ubóstwo jako punkt wyjścia do podatkowych optymalizacji?

Tego dnia rano, kiedy były premier wyciągał różniczkę z pierwiastka od 1.700 zł wynagrodzenia na mamę, tatę i trójkę małolatów, kupiłam dwa komplety szkolnych książek, zestaw do trzeciej i do piątej klasy i wydałam mniej więcej 700 zł. Silny na szczęście się jeszcze w tym roku na zakupy nie załapał. Cóż, w tym kontekście darmowe podręczniki byłby z pewnością jakimś rozwiązaniem, acz biorąc pod uwagę klimat wokół jednej, cienkiej książeczki do pierwszej klasy dość pesymistycznie widzę objęcie brakiem opłat zestawu do klasy czwartej i dalej.

A wracając do 1.700 zł, to muszę wyrzucić z siebie jedną brzydką frazę.
Myślę mianowicie, że nie jest do końca fair, że jedynym wyborcą, którym zainteresowani są autorzy sejmowych wystąpień i kreatorzy wizji poprawy sytuacji w kraju jest wyborca tysiąc siedemset (z całym szacunkiem do tych wyborców rzecz jasna i z całym ubolewaniem, że system wynagrodzeń, pensji minimalnych i zasiłków plus rozbójniczy sposób konstruowania umów o pracę wpędza ich w niedostatek).
... a taki natomiast wyborca, który w ten czy inny sposób sobie sam poradzi, to nie jest żaden target, a jedynie skarbonka do wyciągania danin.

I nie mam co prawda wściekle kapitalistycznych poglądów, a raczej lewicujące i to znacznie, tym niemniej się zgadzam z obramowanym niżej zdaniem z wywiadu Marty Stremeckiej z Leszkiem Balcerowiczem:
„Nasze partie polityczne w małym stopniu odwołują się do ludzi ciężko pracujących, tylko do faktycznych lub potencjalnych klientów pomocy socjalnej”.

Z rodzicielstwem w exposé jest, mam wrażenie, tak samo.
Trwa ładowanie komentarzy...